Renowacja lampy stojącej ze stolikiem w stylu Art Deco (IV etap prac – koniec)

Przyszedł czas na finał prac przy renowacji mojej lampy ze stolikiem. Wszystkie elementy od strony stolarskiej zostały zrobione (spolerowane odpoczywały sobie w ciepłym pomieszczeniu kilka dni, gdzie spokojnie doschły – a politura zaczęła się utwardzać), mogłam więc przystąpić do składania. Nie ukrywam, że największym wyzwaniem (o czym wspominałam przed rozpoczęciem prac) było dla mnie ponowne jej zelektryfikowanie, zwłaszcza, że zaplanowałam wymianę niepasującego plastikowego, masywnego włącznika. Niezawodnie w pracach pomógł mi jednak nasz Pan Stolarz, który z przerobieniem kabelków poradził sobie w parę chwil. Niklowaną rurkę oraz ramię przepolerowałam mleczkiem do lakierów samochodowych, dzięki czemu pozbyłam się brudnego nalotu i łatwiej będzie się teraz regulowało jej wysokość. Poza tym metal zyskał świeżego połysku i blasku. Elementy mogłam oddać do ponownego niklowania, ale wyglądałyby wtedy zbyt nowo a nie o to mi finalnie chodziło. Reszta prac przebiegła już bardzo szybko. Dzięki temu, że miałam zachowane niemal wszystkie potrzebne części – od głównych blatów, po listewki, śruby, wkrętki, nakładki, kabel i porcelanową oprawkę – lampa składała się jak klocki lego, powracając z każdą chwila do swojego pierwotnego, idealnego kształtu. Na sam koniec wymieniłam stary abażur na bardziej współczesny i pasujący do mojego wnętrza. Z uwagi na dawny typ mocowania nie było wcale tak łatwo znaleźć odpowiedni model, w większości sklepów z oświetleniem dostępny jest bowiem tylko jeden rodzaj, zdecydowanie zbyt babciny i 'starodawny’ jak na mój gust.

elementy lampy i stolika gotowe do ponownego złożenia

składanie gotowych elementówOstatnio zaktualizowane68-001

(więcej…)

Renowacja lampy stojącej ze stolikiem w stylu Art Deco (III etap prac – politurowanie)

Nadszedł czas na najprzyjemniejszy a zarazem najtrudniejszy i najdłuższy etap prac przy lampie, czyli politurowanie i polerowanie (o samej technice pisałam już wcześniej politura&szelak). Często słyszę pytania jak długo musimy nakładać politurę, by powierzchnia drewna była idealnie gładka i błyszcząca. Tego nie da się nigdy do końca sprecyzować i wyliczyć, wszystko bowiem zależny od wielkości mebla, jego płaszczyzn a przede wszystkim od rodzaju samego drewna i okleiny. Z pewnością krócej będziemy politurować mebel dębowy, brzozowy czy sosnowy, który z natury nie wymaga wybłyszczania (stara szkoła mówi, że tego typu drewno powinno być woskowane), a zdecydowanie dłużej ten wykonany ze szlachetnego drewna typu orzech, mahoń czy palisander. Jak by nie liczyć musimy poświęcić naście godzin i nałożyć dziesiątki warstw politury by nasz mebel odzyskał dawny urok i blask…

W przypadku stolika od lampy poświęciłam na nakładanie politury i końcowe polerowanie ok 15 godzin pracy, oczywiście nieciągłej. Nie jest to jednak dużo czasu. Chcąc zrobić mebel naprawdę katalogowo i w pełni profesjonalnie, powinnam poświęcić jeszcze drugie tyle czasu. Lubię jednak meble nie w pełni idealne, z delikatnym znakiem czasu, którego ew niedoskonałości, tylko podkreślą oryginalność i piękno wiekowego sprzętu.

Co z pewnością musimy wiedzieć o politurowaniu? Podstawą jest odpowiednie przygotowanie, wygładzenie i zagruntowanie powierzchni restaurowanego drewna. Bardzo duże znaczenie ma czystość i właściwa temperatura pomieszczenia w którym polerujemy mebel, politura lubi bowiem ciepło a nie przepada za wilgocią (musi być min.21st.). Od samego początku politurę powinniśmy nakładać za pomocą tamponu, czyli gałgana waty – najlepiej bawełniano-wiskozowej – zawiniętej w czystą i najlepiej spraną już szmatkę (np. stare prześcieradło lub poszewka). Na zagruntowanie powierzchni wystarczy kilka warstw politury, po których wyschnięciu (najlepiej odczekać kilka godzin lub jeden dzień) możemy przejść do dalszego etapu zamykania porów. Jeśli użyjemy pędzla to od razu 'nalejemy’ zbyt dużą warstwę i pozostawimy brzydkie smugi oraz ślady. Z pewnością też nie uda nam się pozacierać porów a to jest wskazane przy politurowaniu szlachetnych gatunków drewna. Chodzi bowiem o to, by politura wniknęła we wnętrze drewna a nie stanowiła na nim dodatkową warstwę.
*uzywałam politury nieodwoskowionej, stąd też tampon przybiera mętną, jakny zabrudzoną miodową barwę
Zamykanie porów robimy za pomocą drobno sproszkowanego, miałkiego pumeksu, oleju lnianego (olej do politury) i politury, wykonując niewielkie, ale energiczne kuliste ruchy gąbką, tak jakbyśmy kręcili kółeczka i ósemki. Po co jest to całe zamykanie porów? Wcierany proszek pumeksowy delikatnie ściera powierzchnię drewna oraz wcześniejsze warstwy politury tworząc swojego rodzaju mazistą pastę, która wnika w pory i pozwala je stopniowo zatykać, dzięki czemu finalnie powierzchnia mebla będzie idealnie spolerowana, równa i gładka. Jest to czynność chyba najtrudniejsza w całym etapie renowacji, zwłaszcza dla początkującego konserwatora, łatwo bowiem zetrzeć (spalić) zagruntowaną wcześniej politurę. Stanie się tak, gdy użyjemy za mało oleju a sypniemy zbyt dużo pumeksu. Powstaną wtedy szorstkie i matowe ślady na powierzchni okleiny i całe jej dotychczasowe nakładanie często trzeba będzie zaczynać od nowa (najbardziej ryzykowne jest to przy końcowym etapie). Musimy czuć, że tampon płynnie ślizga się na drewnie i nie przykleja do jego powierzchni. Przypaloną politurę, w zależności od stopnia zatarcia, czasem udaje się uratować szlifując delikatnie powierzchnię bardzo drobnym papierem typu 600/800/1000, najlepiej już wytartym i lekko naolejowanym. Jest on sztywniejszy niż wata metalowa (nawet ta najdrobniejsza może porysować świeżą politurę) i daje równą powierzchnię gładzenia, dzięki czemu prawidłowo wygładza drewno. W całym procesie politurowania bardzo ważne jest też odpowiednie stężenie samej politury, lepiej bowiem użyć słabszej (będzie bardziej wodnista i bledsza), niż zbyt mocnej i gęstej, która pozostawi ślady po gąbce i nie wniknie dobrze w pory. Pod koniec zacierania, gdy pod światło nie będzie widać już większych szczelinek (centek), używamy już tylko samej politury kontynuując jej nakładanie, tylko bez użycia pumeksu. Pozwoli to nam na stopniowe przechodzenie do następnej fazy, czyli polerowania.

(więcej…)

Renowacja lampy stojącej ze stolikiem w stylu Art Deco (II etap)

Po gruntownym wyczyszczeniu drewna przyszedł czas na zabiegi konserwatorskie. W przypadku podniszczonego okrągłego blatu w grę wchodziło przede wszystkim uzupełnienie ubytków w okleinie, zrobienie nowych wstawek i retusz widocznych przetarć oraz podklejenie 'kisznerów’, czyli pęcherzyków pod fornirem, które powstały na skutek wyschnięcia kleju.

  blat główny z widocznymi przetarciami i ubytkami fornirupodniszczony blat

Oryginalnie zachowany fornir na blacie po oczyszczeniu ze starej warstwy politury i lakieru okazał się w dużo gorszym stanie niż zakładałam. Głównym problemem okazała się jego kruchość i grubość, która z upływem lat zmniejszyła się do minimum. W kilku miejscach niemożliwe przez to było wycięcie się i zrobienie nowej wstawki, poza tym dodatkowe szlifowanie groziło przetarciem okleiny i pojawieniem się plam z widocznym drewnem podkładowym.  Samo podklejenie i zlikwidowanie pęcherzyków również wymagało bardzo dużej uwagi i delikatności, bo wysłużona okleina orzechowa bardzo szybko pękała i wykruszała się dalej. Zależało mi jednak by uratować blat, bez konieczności fornirowania go od nowa. Gdzie mogłam zrobiłam więc nowe wstawki, resztę uszkodzonych fragmentów okleiny podkleiłam i zaszpachlowałam. Doszłam do wniosku, że nawet jeśli po renowacji widoczne będą niewielkie uszkodzenia, to nie będą mi one jakoś specjalnie przeszkadzać. Przedwojenny mebel ma prawo nie być jak spod igły a ew ślady będą tylko świadczyć o jego wieku i oryginalności. (więcej…)

Renowacja lampy stojącej ze stolikiem w stylu Art Deco (I etap prac)

Lampa stojąca ze stolikiem w stylu Art Deco z lat 30-tych XXw., w okleinie orzechowej i o konstrukcji sosnowej, z elementami niklowanego metalu. Mebelek o projektowej, geometrycznej formie, produkcji najprawdopodobniej polskiej lub czeskiej. W moje ręce trafił w stanie oryginalnego zachowania, tzn. był kompletny, stabilny i bez większych uszkodzeń. Oprócz nietypowych kształtów, dużym plusem było też to,  że stolik nie nosił śladów świeżej renowacji i nikt wcześniej nie próbował go amatorsko odnawiać (malując np jakimś nitro lub lakierobejcą). Co prawda białe ślady na blacie wzbudzały moje słuszne podejrzenie co do cienkiej warstwy lakieru na drewnie, ale była ona już bardzo stara i mocno wyschnięta, przez co nie trudna do ew wyszlifowania. Elektryka, która w wiekowych meblach potrafi sprawiać dużo problemów, również była w pełni sprawna, łącznie z oryginalnym ebonitowym gniazdem, porcelanową oprawką, niklowanym ramieniem oraz typowym dla okresu międzywojennego kloszem pergaminowym szytym. W całej lampie nie zachował się tylko oryginalny przewód, bo powinien być opleciony materiałem. Dobry stan drewna nie wymagający natychmiastowej renowacji, oryginalne elementy konstrukcyjne oraz uroda i funkcjonalność lampy łączącej jednocześnie funkcję mebla oraz źródła światła, zaważyły o jej kupnie.

Lampa ze stolikiem Art Deco, lata 30-te XXw., przed renowacją001

Prace zaczęłam od rozłożenia lampy na części. Wiąże się to z ponownym jej zelektryfikowaniem po zakończonej renowacji, co bywa często zadaniem karkołomnym, ale inaczej nie mogłabym gruntownie wyczyścić i dobrze wypolerować całych płaszczyzn drewna. Tak jak wspomniałam wcześniej, starą warstwę politury przykrywała cienka warstwa lakieru, wszystko jednak było już tak suche i wypłowiałe, że w miarę lekko schodziło przy czyszczeniu drewna cykliną (używając do skrobania noża, należy robić to z powoli i z dużym wyczuciem, by nie nie pokaleczyć  i nie pozadzierać okleiny). Posłużenie się w tym przypadku (jak i w wielu innych) szlifierką mechaniczną jest bardzo ryzykowne, bo szybko możemy przeszlifować delikatną i cienką warstwę forniru – zwłaszcza o czeczotkowym usłojeniu – jak to jest w przypadku okrągłego blatu w moim stoliku. Sam blat zresztą wydaje się być najbardziej podniszczonym elementem lampy, z niewielkimi spękaniami, ubytkami i przetarciami okleiny. Z uwagi jednak na oryginalny i bardzo ładny układ liści forniru, z pewnością nie zdecyduję się na jego całkowitą wymianę. Uważam zresztą, że całą klasę, urok i wartość meble art-decowskie (choć nie tylko) zawdzięczają właśnie oryginalnie zachowanej okleinie. Współczesna wersja z pewnością nie odda w pełni przedwojennego piękna mebla. (więcej…)

Polskie meble gięte

Niewielka, ale naprawdę bardzo ciekawa książka o polskich meblach giętych, głównie produkcji firmy założonej w 1919 roku „Polski Przemysł Drzewny – Czerski i Jakimowicz” z fabrykami we Lwowie i Bondyrzu (sprzedawała ona swoje meble gięte na polski, europejski i zamorski rynek, w tym także do Azji i Australii). Książkę czyta się bardzo lekko i szybko, brakuje mi tylko większej ilości zdjęć. Obowiązkowa porcja rzetelnych informacji dla miłośników mebli w typie thonetowskim. Bardzo polecam lekturę!

Polskie meble gięte

autor: Joanna Wojciechowska – Kucięba

wydawnictwo: Towarzystwo Naukowe KUL

Rok 2011

Polskie meble gięte, Joanna Wojciechowska-Kucięba